No więc mieliśmy normalne lekcje jazdy konnej. No i z tego co usłyszałam potem, mój koń wystraszył się, ponieważ jakiś debil wytrezepywał ręczniki w slumach, tak około 4/5 metrów od nas, a ponieważ akurat wszystkie inne konie były na zakręcie, a mój był ostatni, skręcił w lewo i zaczął szybko biec/skakać. Tym razem nie było nikogo przedemną żeby go zatrzymać no i spadłam.
Jedyne co pamiętam z spadania, to moment kiedy byłam już poza siodłem i widziałam mojego konia z boku, moment tuż przed uderzeniem, uderzenie i potem jeszcze że troszeczkę mnie pociągnął za sobą. Pamiętam, że potem naszła mnie myśl, że Karan wróci i będzie chciał się po mnie przebiec, nie wiem czemu coś takiego wpadło mi do głowy.
Jak już upadłam (na tą obrzydliwą ziemię!) to zaczął mnie tak tyłek boleś jak nigdy, że aż musiałam zacząć wrzeszczeć z bólu. Potem zawowałam Emi, która chyba i tak już do mnie szła, nie wiem, nie widziałam jej.
Najgorsze było to, że bolała mnie szyja, a przecież miałam niestabilność kręgosłupa i to cud, że nie jestem już inwalidą.
Potem chciali zawołać lekarza, to bałam się że z jakiegoś obskurnego szpitala hinduskiego, to im powiedziałam, że nie chcę hinduskiego lekarza, ale ponieważ jeden z rodziców dziecka, który uczył się także jazdy, był lekarzem „niby mi pomógł”. A potem jeszcze jakaś Niemka podeszła, ponieważ myślała że może pomóc (jej córki uczyły się na wybiegu obok). Coś tam próbowała dodzwonić się do rodziców, ale jej komórka nie działała.
No to wszystko w sumie. Zresztą nie chce mi się więcej pisać, ponieważ moja kochana mama mnie wkurzyła. Powiedziałam jej, że nie mam spodni, ponieważ są w praniu (oddałam je tam 3 tygodnie temu) no to ona terarz przeszukała kubeł z brudnymi ubraniami i na mnie wrzeszczy, że nie znalazła, a musi wychodzić. To po chuja szukała teraz!? Ktoś jej kazał? Jeszcze jest zła na mnie, że to moja wina.